Inni o mnie

prof.  Marcin Kaleciński

Barbara Wypustek dla odbiorców Jej sztuki i dla Jej pacjentów nieodmiennie kojarzy się z życzliwością i dobrocią. Pogoda ducha, malująca się na Jej promiennej, ciągle dziewczęcej twarzy, znajduje dopełnienie w Jej radosnym, pełnym czułości malarstwie. Swe życie zdaje się spełniać wedle zasad greckiej kalokagatii: szuka w nim połączenia dobra i piękna.

Wychowała się na Garbatych Mazurach, w Olecku, wśród nieskażonej, majestatycznej przyrody – sielskie dzieciństwo ukształtowało jej empatyczne usposobienie i optymizm, feeria barw, zapachów otaczającej natury uwrażliwiły malarsko. Bliskość rodziny artystów oraz zetknięcie ze sztuką Jej utalentowanego wuja, Henryka Pińczykowskiego umacniały potrzebę obcowania z pięknem. Do dziś wspomina, jak już wówczas upajał ją zapach farb, budził zew twórczy.

  Malowanie jest Jej naturalną potrzebą, każdy nowy plener wyzwaniem, każdy format odpowiedni dla pozostawienia indywidualnego śladu malarskiego gestu. Szczególne przywiązanie malarka wykazuje dla gdańskich wedut i marin.



Gdańsk Barbary Wypustek to miasto oniryczne, nieoczywiste – mieniące się na fasadach smugami świateł srebrzysto-błękitnych i złocące się blaskiem latarń. Podpatrywane przez ostrołukową arkadę bramy niderlandzkie miasto staje się wizją senną: to tylko Jej Gdańsk, miasto oswojone.

Powołane przez Nią brawurowymi uderzeniami pędzla łodzie na morzu rzadko płyną pod pełnymi żaglami - flauta, noc gwiaździsta w blasku księżycowym zdaje się umiłowaną sceneria obrazów Barbary Wypustek, jakby w malarstwie swym szukała ukojenia. Żaglówki powołuje jako formę i spełnienia dla nich szuka ostatecznie w ksztaltach nieomal abstrakcyjnych, w reminiscencjach żagli - raz tlących się, raz powiewających, w refleksach świateł, jak staccato rzucanych urwanymi kreskami na gładką, swietlistą toń morza.

Baletnice Barbary Wypustek, w długich, tiulowych paczkach są odrealnione niczym bielejące kwiatostany bądź pełne gracji uskrzydlone owady w metamorfozach ruchu – Autorka eksponuje w nich efekty fakturowe w stonowanej, ograniczonej palecie barw.

Najnowsza seria Dźwigów, probierz dojrzałości malarskiej Artystki, stopniowo sprowadza motyw industrialny do zygzakowatych, digonalnych czystych form. Temat jest pysznym pretekstem do wyzyskania autonomicznych jakości formalnych za pomocą własnej techniki, opartej na wcieraniniu plam, to znów ich rozdzieraniu i rytmizowaniu szpachelką, wreszcie dopełnianiu tychże drobnymi, spontanicznie, z nieomylna intucją rozchlapywanymi, śladami pędzla. Dźwigi - przemysłowy relik, bezradne residuum umarłej stoczni, poddane nieubłaganym prawom natury, wanitatywny emblemat miasta, metafora człowieczego losu, ciągłego podnoszenia się, a może ludzkiej spolegliwości? Dla Barbary Wypustek to przede wyzwanie artystyczne: jako rasowa artystka bezbłędnie eksploruje potencjał formalny tematu. Uwielbiam tę serię, zwłaszcza gdy Barbara Wypustek “orkiestruje” klarowne i dźwięczne błękity z odcieniami ochry, niczym “żółtej cisza popołudnia” (Czesław Miłosz). Tak zestawiając tony, zdaje się sama przenosić magicznie do Arles van Gogha, zasiadać Na tarasie nocnej kawiarni.

Malarka tak samo chętnie dzieli się swoją sztuka, jak obdarza dobrocią chorym podopiecznych. Nigdy nie spotkałem takiej oddanej i sympatyzującej z artystą publiczności jak ta goszcząca na wernisażach Barbary Wypustek. Jej non plus ultra jakby przeczuł poeta:

“...nie chcę nic więcej –

bo wiem, że jestem

w nieskończoności,

w morzu miłości

do ludzi.” (Jarosław Iwaszkiewicz)

W swym pielęgniarskim powołaniu i w malarskiej twórczości zdaje się być wierna zawołaniu: “Idź przez życie tak, aby ślady twoich stóp przetrwały cię”. Każdy jej nowy obraz jest jak hymn pochwalny życia, jak puenta niezapomnianej Dezyderaty:

“...Przy całej swej złudności, znoju i rozwianych marzeniach, jest to piękny świat.” (Max Ehrmann).


Marcin Kaleciński

historyk sztuki

Uniwersytet Gdański